Wsi spokojna, wsi wesoła czyli c.d.n. choćby nie wiem co :)
O, jak fajnie, że jesteście wesoły
Wracając do B. Pawlikowskiej, to z jej podróżniczymi dokonaniami nie miałam do czynienia, za to kiedyś nieopatrznie kupiłam coś co się nazywało "W dżungli życia". Była to jedyna książka w moim życiu (a książek miałam i mam w życiu sporo). ), którą bez chwili zastanowienia przeznaczyłam na makulaturę. Nawet w przypadku dzieł wydanych w latach 70-tych w języku rosyjskim, traktujących o fizyce, matematyce, które w dużych ilościach zastawiały półki u ojca, miałam chwile wahania... W tym "dziele" mamy bezładną plątaninę idiotycznych porad, pseudopsychologicznych wynurzeń i przebijającego z tego wszystkiego ewidentnego problemu emocjonalnego autorki. Dno kompletne.
Ogród rzeczywiście sam się sobą zajmuje wesoły, choć w niektórych obszarach wolałabym, żeby z decyzjami, gdzie co "zaróść" poczekał na nas bardzo szczęśliwy
Ale skoro o ogrodzie mowa, to wracając do raportu, w cz.IV opowiem co nieco o pracach polowych, aczkolwiek były one szczątkowe i niezbyt forsujące.
Poranek był równie słoneczny co poprzednie, zatem niczym się nie dało usprawiedliwić dalszego lenistwa. Choć mówiąc szczerze, sama zaczęłam już z lekka przebierać kończynami w poszukiwaniu czegoś pożytecznego do zrobienia. Z uwagi na kompletny brak narzędzi mechanicznych, w grę wchodziła jedynie praca "tymi ręcyma" uzbrojonymi w łopatę, grabie, siekierę, sekator i tym podobne.

Po śniadaniu złożonym z pokaźnej porcji jajecznicy z boczkiem, cebulką i grzybami ubraliśmy się roboczo i zaczęliśmy zastanawiać się co tu wiekopomnego dokonać. Ja zaczęłam od pielenia rabat przydomowych, bo gruba warstwa ściółki doskonale ochroniła przed drobnicą wyrastającą zwykle bardzo obficie, jednak tu i ówdzie widać było dorodne okazy mlecza oraz przymiotna kanadyjskiego. Ściółka spowodowała, że chwasty ukorzeniły się dość płytko, więc ich wyrywanie było znacznie łatwiejsze. Wokół języczek fruwały roje motyli.









Czarne bzy, przynajmniej niektóre, po raz pierwszy wydały owoce.





Hortensje mocno już przebarwione, ale dalej piękne. Wymyśliliśmy, że trzeba chyba będzie co drugą prowadzić w formę na patyku, bo zaczynają włazić na siebie, co było zresztą do przewidzenia.







Inne roślinne elementy ozdobne:













Na jednej kępie liliowcowej zauważyłam dość interesujące zjawisko: otóż na zaschniętym pędzie kwiatowym pojawiły się... małe kępki rośliny matecznej, takie mini-sadzonki.





Po zgrubnym ogarnięciu wyglądało to tak:









Najchętniej wystrzygłabym jeszcze trawę wokół, ale nie było czym, poza tym święta niedziela była wesoły. No, następnym razem to ja miejska kosiarkę wezmę, bo teren przy domu spokojnie już się nadaje dla takich narzędzi. Niestety dalej od domu tylko kosa spalinowa daje radę.



Powojniki kończą już powoli kwitnienie





Grujecznik zmienia kolory



W. w tym czasie udał się do warzywnika w celu wykopania ziemniaków, buraków i marchwi. W miejscu tych pierwszych, na tymczasowym zagonie kartoflanym posadził cztery kolejne trawy, które miały kontynuować koncepcję Albiczukowskiego.

Ja podumałam nad mieczykami, ale postanowiłam je jeszcze zostawić, niech cebule gromadzą składniki zapasowe, póki jest pogoda a liście są wciąż zielone. Przeszłam zatem na okolice różanki, gdzie granice rabat zacierają się tu i ówdzie, ale zrębki także dobrze zadziałały. Utrzymują doskonale wilgoć w glebie, co było widoczne przy sadzeniu roślin.
Niestety pojawiły się odrośla robinii, dwa wyjątkowo wredne koło zawilca, który jednak nie ucierpiał.



[img][/img]

Stanwell Perpetual nie ma zamiaru przestać kwitnąć





Solero zresztą także nie:



I taka, co to jej nazwa na znaczniku legła pod ziemią i ściółką wesoły



Poza różanką mam cudowną różę rugosę "Pink Pavement", która kwitnie bez przerwy.



Róże, które mają w przyszłości (mam nadzieje, że dość bliskiej) piąć się po wielkiej drewnianej kracie, przyrastają w tempie ekspresowym (Super Dorothy, Excelsa, Lykkefund i NN)





Przy wyrywaniu nielicznych, ale dość upartych mleczy wylazło mi takie cuś. Aparat był w pogotowiu czyli na szyi wesoły



W. posadził tojeść orszelinową



oraz niski dzielżan odmiany Tijuana Brass



Uprosiłam, żeby wreszcie zlikwidował okropny, bezlistny prawie drapak, który był dzikim odrostem dawno zdechłej jabłonki, rosnącej kiedyś za obecnym szpalerem czarnych bzów odmianowych. Machnięcie kilka razy siekierą i wpuszczenie w pniaczek porcji Round-up'u załatwiło sprawę.Widok na stronę Bożenki robił się znacznie ładniejszy.



Do skoszenia jest także jedna z dwóch mirabelek rosnących przy płocie od Bożenki, widać ją na zdjęciu powyżej po prawej stronie. Ale to grubsza operacja, więc bez mechanizacji się nie obejdzie.Różanka nr 2 uzyska większy dostęp do światła słonecznego i w ogóle jakiś porządek da się w tym kącie może zaprowadzić. Na razie są tam jeszcze resztki zasieków, gaje pokrzywowe, gruby konar jabłoni, który po zdechnięciu częściowym pnia głównego położył się na ziemi. Panuje ogólny nieład, żeby nie powiedzieć dosadniej wesoły

Jeśli chodzi o owoce, a konkretnie jabłka, to z początku miałam napad na zrobienie dżemu, ale okazało się, że własciwie nie ma z czego. Pojedyncze jabłka nadawały się do spożycia, część wisząca na drzewach albo jeszcze niedojrzała, albo już zgniła w trawie, albo porażona chyba wszystkimi chorobami świata. Musimy wdrożyć jakiś program oprysków, który może pozwoli zachować część owoców w stanie nadającym się choćby do przetworzenia.

Oto jabłka:





A oto rzut oka na dalszą część sadu, fotograf stoi w okolicy studni.



i na część bliższą.



Posadzone rośliny podlaliśmy i postanowiliśmy sporządzić jakiś posiłek. Nie chcąc rozpalać pod kuchnią, wywlekliśmy nieodłączny atrybut weekendowych spotkań Polaków na świeżym powietrzu czyli nasz grill, przyprawiliśmy łososia oraz wetknęliśmy żeberka wieprzowe w zalewę miodową (chwilowa dyspensa od diety), pokroiliśmy warzywa i zasiedliśmy przy stole z winkiem (W. pił tylko symbolicznie). Jedzenie wyszło proste, ale bardzo smaczne.
Kicia siedziała przed gankiem, jak zwykle nad czymś rozmyślając.



Po odsapce zabrałam się za ogarnianie domu, postanowiliśmy tym razem wyjechać nieco wcześniej i dojechać do Warszawy o ludzkiej porze.
Jak zwykle zapakowaliśmy samochód, nasze tobołki i przed 19.00 udało się wyruszyć w drogę powrotną. A więc do następnego razu!





  PRZEJDŹ NA FORUM